czwartek, 12 września 2013

Korale koloru koralowego...

Moje córki wydarły się ze wszelkiej biżuterii. Nie chciałam kupować im niczego nowego, bo wszystko, co znajduję w sklepach (pomijając niezaspokojenie estetyczne), dokonuje żywota żałośnie szybko: wraz z jednym szarpnięciem małych rączek lub kłapnięciem paszczy. 

Zakładając, że czegoś zrobionego przez siebie własnoręcznie nie spróbują pożreć tak od razu (między drugim śniadaniem a obiadem), zaproponowałam im wspólne wykonanie korali makaronowych. Och tak, to taki banał, ale jakoś nigdy w mojej karierze przedszkolnej nie było mi dane takich wyprodukować. Zatem miałam straszną ochotę spróbować.

Zakupiłam makaron jak najbardziej dziewczynkowy: fiori czyli małe kwiatki. Pomalowałyśmy je dzień przed naszym planowanym debiutem w przemyśle biżuteryjnym.



Następnego dnia trzeba było oderwać przyschnięte koraliki (już nie makaron, bo właśnie akt  pomalowania nadal im rangę koralików) od tekturowych podkładek, na których wylegiwały się przez całą noc.



Nanizać cokolwiek na nitkę mogłoby być zbyt ciężko, dlatego użyłyśmy elastycznego drucika. Mimo iż przezornie zawiązałam na jednym z jego końców supeł, moim pociechom niejednokrotnie udało się wszystko zrzucić na podłogę (O, patrz mamo, kluski mają zjeżdżalnię !).



Zająć na dłużej dziewczynki jest prawie tak ciężko, jak nie nie piać z zachwytu nad makaronową biżuterią; szybko stwierdziły, iż zmęczyły się "pracą" i poprosiły o pomoc.

Rezultat zachwycił moje małe kobietki do tego stopnia,  że kiedy wieczorem muszą się rozstać z tym dziełem sztuki pop-art, wznoszą okropny wrzask protestu. O brzasku zaś, witają Różanopalcą Jutrzenkę, strojne w swe klejnoty (zakładają je zaraz po przebudzaniu).



A poważniej: jestem spełniona, bo spędziłyśmy miło czas malując, nazywając kolory i obserwując, że farby można mieszać, a nawlekanie klusek wymaga skupienia.

P.S. Zostały nam jeszcze koraliki, z których robię liczydło. Jeśli nie padnie ofiarą niszczycielek, to je kiedyś pokażę.

Paulina